środa, 20 kwietnia 2011

Chaitén - miasto, wulkan i las

Strefa ZERO

Południowa część miasta spłynęła do morza

Domy w ponad metrowej warstwie popiołów

Spływy piroklastyczne przetoczyły się rzeką Rio Blanco 

Powolny powrót do życia - rekonstrukcja życia

Oczyszczanie miasta cały czas trwa

Chaitén - nowe stare miasto 
Całkiem zwyczajne miasto

Popiół jest wszędzie - dno lasu

Oblepia pnie drzew i zniszczył zieleń je porastającą

Wulkan Chaitén - stoki ogołocone z lasu

Wiele drzew odrasta od korzeni

Las w fazie rekonstrukcji (sukcesja) - siła życia
Trzy lata temu (dokładnie na początku maja) Chaitén został zaskoczony przez pobliską niewysoką górę o tej samej nazwie, która okazała się wulkanem, uśpionym od setek lat. Miasto przestało istnieć, na szczęście wszyscy mieszkańcy zdążyli się ewakuować. Po trzech latach miasta odradza się z popiołów wbrew wszystkim przeciwnościom. Rząd Chile pierwotnie nie chciał się zgodzić na odbudowę miasta w tej samej lokalizacji - z różnych nie do końca wyjaśnionych względów. Dopiero w marcu tego roku wróciła elektryczność, bieżąca woda niewiele wcześniej. Przez ponad dwa lata ludzie zdani tylko na własne siły, oczyszczali swoje domy często nawet spod kilkumetrowej warstwy popiołu i błota, przez ponad dwa lata w ciemnościach, bez podstawowych mediów, w dość surowym, chłodnym i wilgotnym klimacie. Powoli wszystko wraca do normalości, choć pozostało jeszcze wiele pracy. Wbrew pozorom było to jedno z pozytywniejszych miejsc, jakie odwiedziłem. Wuklan jest pod ścisłą kontrolą a mieszkańcy uczą się żyć w ciągłym zagrożeniu.
Spływy piroklastyczne i chmury gorących popiołów ogromne zniszczenia poczyniły także w pobliskich lasach, których znaczna cześć znajduję się w granicach Parque Pumalín (o którym wktótce). Popiół jest wszędzie. Ale już po trzech latach i tu widać niesamowitą siłę życia. Wiele drzew odrasta od korzeni, pionierskie rośliny zasiedliły już wiele miejsc. To także pokazuje niezwykłą żywotność i produktywność tych lasów, w innych środowiskach proces ten trwa znacznie dłużej. Życie toczy się dalej.

czwartek, 14 kwietnia 2011

Lahuen Ñadi - relikt przeszłości

 -
Droga do lasu wiedzie przez aleję paproci (Blechnum chilense)

a za drzewem skrzat

Korzenie fitzroi

ale to także królestwo pięknych mchów...

w którym współrządzą paprocie...

tańczące paprocie pośród mchów.

Spotkanie z damą w kwiecie wieku - zaledwie 1500 lat

w koronach lasu fitzrojowego
Pozostając przy fitzrojach, udałem się zobaczyć ostatni mały skrawek lasu tworzonego przez te długowieczne drzewa w Dolinie Środkowochilijskiej. Niewiele tego pozostało z wielkiej puszczy, zaledwie kilka hektarów na podmokłych terenach niedaleko Puerto Montt w małym parku Lahuen Ñadi - (Lahuen to fitzroja w języku mapuche, Ñadi - teren podmokły). Inaczej to wygląda niż w górach, gęsty, bardzo ciemny las. Należy jednak pamiętać, że jest to już zbiorowisko wtórne, więc trudno powiedzieć, jak było wcześniej. Trochę jak królestwo skrzatów i innych stworów leśnych z baśni i mitów.

wtorek, 12 kwietnia 2011

Alerce Andino - w leśnej katedrze

Powitalna mgła w drodze do parku

Laguna Sargazo

Wszechobecna wilgoć...

 mchy...

mchy i porosty...

mchy i porosty i paprocie...

...słowem, prawdziwy las deszczowy.

Dobry duszek lasu - Chucao tapaculo (Scelorchilus rubecula)

Żywa Katedra Drzew - Fitzroya cupressoides

70 metrów do góry a 6 metrów dookoła

Ponad 3000 lat opowieści na ucho
Niedaleko Puerto Montt (ok.45 km) w Andach znajduję się jeden z ostatnich większych kompleksów lasów fitzrojowych. Lasów nie byle jakich, bo tworzonych przez drzewa mające po 2-3 tysiące lat, więc znaleźć się w takim miejscu buzi nie tylko respekt, ale też wyobrażenia, ile rzeczy się wydarzyło w trakcie życia jednej 70 metrowej fitzroi i ile mogłaby nam opowiedzieć. Dotrzeć do jednej z takich "Katedr drzew" - Bosque Catedral, jak te lasy tu nazywają, nie jest łatwo, ponieważ rosną one głeboko wewnątrz Parku Narodowego Alerce Andino i pokonanie dość trudnego szlaku zajmuję w jedną stronę około 4 godzin - ok. 9 km. Trudnego, dość stromego w wielu momentach i o tej porze roku bardzo śliskiego, podmokłego lub zalanego, z wieloma innymi atrakcjami naprawdę wilgotnego lasu. Wyprawę rozpocząłem więc przed świtem. Na szczęście po mglistym poranku dzień był piękny, słoneczny i dość ciepły. Po drodze podziwiałem Lagunę Sargazo, wiecznie zielone lasy waldiwijskie, liczne potoki, a cały czas towarzyszyły chyba najbardziej wesołe ptaki na świecie, cały czas "śmiejące się" chucao.